|
Tegoroczny karnawał ma twarz Arlekina. 6 lutego wieczorem ten błazen w kostiumie z kolorowych trójkątów wyłoni się z zieleni ogrodu bajek wypełnionego lustrami i krzewami przystrzyżonymi w fantazyjne formy, w jaki zostanie zamieniony plac św. Marka. Tak rozpocznie się trwająca kolejne 10 dni festa?
Arlekin to postać z XVI-wiecznej ludowej komedii dell?arte, pajac i akrobata, również w codziennym życiu. Jego umizgi do Kolombiny i rywalizację z Pierotem przez wieki śledzili mieszkańcy miasta nad laguną ? postaci w maskach wysypywały się z teatralnych taborów i rozstawiały improwizowane sceny z ?perspektywą? na placach między kanałami. Zafascynowany tymi opartymi na gagach i improwizacji spektaklami, wenecjanin Carlo Goldoni napisał sztukę ?Sługa dwóch panów? opartą na komedii dell?arte, w której Arlekin stał się tytułowym bohaterem, a tłem ? miasto na wodzie. Był rok 1745 r. i Republika Wenecka nadal odcinała kupony od swojej potęgi panując nad Veneto, Friuli, Istrią, Dalmacją, czarnogórskim Kotorem oraz częścią Lombardii i wyspami Jońskimi. Jako miasto wyrafinowanej sztuki i architektury była perłą na mapie ówczesnej Europy, a huczne karnawały stały się tak popularne, że goście z zewnątrz musieli płacić za możliwość zabawy. Dopiero za 50 lat wkroczą tu żołnierze Bonapartego i tak skończy się raz na zawsze niezależność, mającej chyba najdłuższy, bo 1100-letni żywot w dziejach świata, republiki. Potem znajdzie się w rękach Habsburgów, aby ostatecznie stać się częścią Włoch. Wenecjanie jednak lubią się odwoływać do czasów potęgi, stąd pewnie wybór sztuki Goldoniego na inaugurację 10 karnawału w tym stuleciu. A poza tym publiczność będzie miała okazję obejrzeć jedną z najwybitniejszych interpretacji dzieła wyreżyserowaną przez Giorgia Strehlera w Piccolo Teatro di Milano, który zmienił tytuł pierwotny na ?Arlekin ? sługa dwóch panów?, uważając, że przyciągnie on większą widownię. Miał rację ? odgrywający główną rolę Ferruccio Soleri wystąpi w tej sztuce w Wenecji po raz? 2046, dokładnie 50 lat po premierze!
W poszukiwaniu Casanovy Carnevale 2010 Sensation 6 sensi x 6 sestieri ma być ogromną imprezą, bijącą na głowę sukces ostatniego sylwestra, który hasłem Love 2010 ściągnął na plac św. Marka 30 tysięcy ludzi. Zgodnie z artystycznym założeniem każdej z pięciu dzielnic miasta, sestiero biorącej żywy udział w zabawie przyporządkowany został inny zmysł, senso. I tak punkty programu odwołujące się do powonienia zostaną umiejscowione w Santa Croce, związane ze smakiem w Cannareggio, wzrok w San Polo, takt w Castello, a słuch w Dorsoduro. Dodatkowo w tym roku uwzględniony został plac św. Marka odpowiedzialny za umysł. Bardzo słuszny wybór, skoro właśnie przy tym placu, uznanym potem przez Napoleona za najpiękniejszą salę balową świata, rezydował doża, sprawujący najwyższą władzę w republice. Wybierany dożywotnio w bardzo skomplikowanym głosowaniu, należał do najwyższej klasy patrycjuszy i mieszkał w Palazzo Ducale, jednym z najpiękniejszych budynków Wenecji ? prawdziwym arcydziele architektury gotyckiej, którego część okien wychodzi na plac, podczas gdy z reszty można śledzić gondole na kanale św. Marka. Co ciekawe, przed oficjalną, wieczorną inauguracją przewidziano otwarcie karnawału dla dzieci, które we włoskich rodzinach są traktowane niczym wyjątkowy skarb. Na milusińskich na placu św. Marka czekają 6 lutego o godz. 14 zapierające dech w piersiach atrakcje: połykacze ognia, linoskoczkowie, akrobaci, ale i wykonujący skomplikowane sztuki na wysokościach klowni, występy teatrzyków kukiełkowych, żonglerzy talerzami, a na młode damy marzące o karierze Claudii Schiffer ? stylistki z arsenałem kosmetyków niealergicznych, będące w stanie przemienić w królewnę każdego Kopciuszka. A to dopiero początek, bo każdego dnia, w każdej z sześciu dzielnic od rana do wieczora odbywać się będą parady w strojach z epoki, degustacje regionalnych potraw, spektakle, koncerty i bale maskowe. Być może w wirującym tłumie mignie nam Giacomo Casanova ? dyplomata, awanturnik, lodołamacz serc niewieścich, ale i agent służb specjalnych, który przyszedł na świat w Wenecji 1725 r. przy nomen omen Calle Commedia (dziś Calle Malipiero). Cały ten zgiełk Wydawać by się mogło, że festa angażująca wszystkie najważniejsze części miasta jest najlepszą okazją do ich prezentacji i pretekstem do zwiedzenia Wenecji. Nic bardziej mylnego ? w karnawale miasta zwiedzić się nie da, a jeśli nawet ? to artystyczne przeżycie zagłuszy wspomnienie niebywałych tłumów. Takie same masy ludzkie oblegają Wenecję w szczycie sezonu letniego. W lipcu i sierpniu ze stacji kolejowej pod patronatem św. Łucji (Stazione Santa Lucia) wylewa się wielonarodowościowa, oblepiona aparatami fotograficznymi i kamerami tłuszcza. Ta zasobniejsza wsiada do tramwaju wodnego, vaporetto (od 3,50 euro) i sunie Canale Grande aż do placu św. Marka, oglądając po drodze z wody wszystkie najpiękniejsze palazzi i kościoły. Druga wybiera szlak pieszy, tak dokładnie znaczony strzałkami ?do św. Marka?, że nie sposób się zgubić ? zresztą tłum ciągnie w tę jedyną, ?słuszną? stronę. Droga vaporetto trwa ok. 20 minut ? niestety również w ścisku. Trudno w nim zrobić zdjęcie misternie cyzelowanym loggiom, białemu, inspirowanemu orientem, chyba najwspanialszemu nad całym kanałem pałacowi ? Ca?d?Oro czy leżącemu już niemal u wylotu kanału Chiesa S. Maria della Salute, monumentalnemu, barokowemu kościołowi wzniesionemu Matce Boskiej, która położyła kres epidemii dżumy w XVII w. Droga na piechotę zabiera co najmniej godzinę i wiedzie przez wąskie zaułki w spiekocie, a więc i zapachu potu turystów pomieszanym z wyziewami z kanałów, w których lądują niedopałki papierosów, kawałki pizzy i inne śmieci. Do tego dochodzi różnojęzyczny wrzask przewodniczek próbujących przecisnąć przez obcą ciżbę swoją grupę, nagabywanie obwoźnych kramarzy oraz niespodziewany atak z powietrza ptasich odchodów ? to gołębie, które mają robić za tło do zdjęć. suto karmione ziarnem sprzedawanym specjalnie dla nich na placu św. Marka. Kalosze we mgle A przecież Wenecja, gdy już zdejmie letnią, spoconą maskę jest przepiękna, choć nie zawsze przyjazna, bo pogrążona w mgłach, zapłakana deszczem, niekiedy bardzo ulewnym. Ale nawet wtedy, gdy dostrzega się jej pierwsze zarysy na lagunie, po której widowiskowo, mijając pomniejsze wysepki, zmierza pociąg (lub przelatuje samolot) ? a może właśnie wtedy, gdyż wydaje się wyjątkowa i jedyna w swoim rodzaju. To swoiste genius loci, jeśli wierzyć rzymskiej mitologii, które sprawiło, że 15 stuleci temu prymitywny lud Wenetów, żyjący na obrzeżach Imperium Rzymskiego i w sąsiedztwie potężnego Bizancjum, poszukał schronienia przed licznymi najazdami na 118 wysepkach zatoki. To właśnie na nich, połączonych z czasem systemem 354 mostów i mostków oraz 177 kanalików i kanałów, wyrosła Wenecja, zbudowana częściowo na palach wbitych w muliste dno laguny. Ten rodzaj konstrukcji był już zresztą stosowany tu znacznie wcześniej, o czym wspomina grecki geograf Strabone, urodzony pół wieku przed Chrystusem. Niestety, nie jest on stabilny ? pale zapadają się w muliste dno i gniją, ściany domów pękają, co widać gołym okiem chociażby płynąc Canale Grande. Oczywiście trwają nieprzerwane prace konserwatorskie, mające na celu ratowanie miasta, ale dodatkowych spustoszeń dokonuje występujący 4-5 razy w roku przypływ, który zalewa stare centrum, z placem św. Marka włącznie. Nierzadki jest wtedy widok łódek i kajaków pływających po zatopionych uliczkach i przerzuconych nad nimi, drewnianych pomostów, po których poruszają się w kaloszach zdesperowani mieszkańcy i turyści. Gdy po kolejnym cofnięciu się aqua alta otwierają się odrzwia bizantyjskiej Bazyliki św. Marka z kopułami wzorowanymi na Hagia Sofia w Stambule i wchodzi się do środka, ma się wrażenie, że wspaniała marmurowa posadzka jest jeszcze bardziej pofałdowana i zapadnięta. Czy apostoł Marek, którego szczątki dwóch kupców wykradło z egipskiej Aleksandrii w 829 r., aby dodać Wenecji splendoru, nie uchroni swojego miasta od zguby? Jej śmierć wieści nie tylko Instytut Nauk Morskich Rady Narodowej Badań, zapowiadając w ostatnim komunikacie aż do 250 zalań rocznie, co związane jest ze spodziewanym obniżeniem się gruntu o 5 cm do 2100 r. Zobaczył ją również Tomasz Mann? Koraliki, pointy i rondo Te kasandryczne przepowiednie bledną, gdy zza chmur wyłoni się wiosenne słońce. Wtedy spacer czy przejażdżka po mieście stają się przyjemnością, bo przyjezdnych jest stosunkowo mało. Można na przykład wysiąść na przystanku tramwaju wodnego Accademia, gdzie w Gallerie dell?Accademia znajduje się cała panorama malarstwa weneckiego, od Veneziana, Belliniego, Lotta, Tintoretta do Tiepola. Można też, co jeszcze ciekawsze, zagłębić się w zaułki (na wszelki wypadek z mapką pod pachą), z dala od głównego szlaku, gdzie po drodze czekają nie tylko imponujące budowle, jak Palazzo Contarini del Bovolo z oryginalnymi, spiralnymi schodami. W skromnej trattorii z drewnianymi stołami przykrytymi obrusami w czerwoną kratkę wyjątkowo smakuje tutejsza specjalność ? czarne jak atrament spaghetti z mątwy. Na moście Rialto, pierwszej, zbudowanej w 1591 r. kamiennej konstrukcji i przez 300 kolejnych lat jedynej spinającej oba brzegi Canale Grande, kuszą małe sklepiki z karnawałowymi maskami. Te najtańsze, z oklejonego błyszczącym materiałem papieru kosztują kilkanaście euro, ale są też cacka ze znacznie bardziej wyszukanych materiałów. Ich wykonaniem zajmują się potomkowie słynnych maschereri, rzemieślników, którzy w połowie XV w. stworzyli sobie cały zestaw przepisów regulujących wykonywanie zawodu. Maski były bowiem en vogue nie tylko w czasie karnawału ? panowie używali ich, gdy uprawiali hazard, aby nie rozpoznali ich kredytodawcy, panie zaś nie tylko, aby nie dać się rozpoznać, ale i dla podkreślenia urody ? podobno służyły temu aksamitne maseczki uwypuklające śnieżną biel lica? W sklepikach i na straganach wabią też wzorzyste koraliki ze szkła, tzw. muranine ? od nazwy pobliskiej wyspy Murano, gdzie od 1295 r. do dziś działa słynna na cały świat fabryka szkła artystycznego. Cenne wyroby ozdobiły pałace oraz wille książąt i arystokracji nie tylko w Wenecji ? na przykład w willi Margon pod Trydentem, będącej dziś w posiadaniu rodziny Lunelli, producentów najlepszego włoskiego spumante Ferrari, znajdują się dwa olbrzymie lustra i żyrandol. Cały proces produkcji warto podejrzeć wybierając się do Murano vaporetto. Dopływając do celu, widać po prawej stronie wyspę San Michele in Isola, gdzie od początku XIX w. znajduje się cmentarz Wenecji. Spoczywają na nim m.in. noblista Josif Brodski, Siergiej Diagilew ? rosyjski impresario i założyciel zespołu Les Ballets Russes, dla którego, leżący również nieopodal Igor Strawiński napisał ?Święto wiosny?, a potem ?Pulcinellę? (notabene jest to postać z komedii dell?arte), zapoczątkowując neoklasycyzm w muzyce. Warto też obrać kurs na wysepkę S. Giorgio, z monumentalną bazyliką zaprojektowaną przez Andrea Palladio, czołowego architekta regionu, którego palladiański styl oddaje też Biały Dom w Waszyngtonie. Ponieważ wysepka leży naprzeciwko placu św. Marka ? jest to doskonała okazja do obejrzenia Wenecji ?z wody?, w której odbijają się pobliskie budowle. Uwagę przykuwa zwłaszcza fasada XIV-wiecznego Hotelu Danieli, gdzie pięciogwiazdkowemu luksusowi w eleganckim stylu oddawały się najznamienitsze VIP-y świata i znajdujący się tuż obok Ponte dei Sospiri ? Most Westchnień. Zgodnie z legendą przez jego zakratowane okienko mogli pożegnać się z Wenecją skazani na śmierć. Współcześni, mówiąc miastu arrivederci, czyli do zobaczenia, kupują chętnie jeden z 28 albumów zespołu Rondo? Veneziano, który pod batutą pianisty i kompozytora Gian Piero Reverberiego od 1979 r. wykonuje sympatyczną pop i rock-klasykę, inspirowaną Vivaldim, Albinonim, ale i anonimowymi mistrzami weneckiego baroku. Grupa 9 solistów w kostiumach i perukach z epoki wydaje się jakby żywcem wyjęta z karnawału i komedii dell?arte, do której odwołują się tytuły płyt. Dzięki nim, nawet w bloku ze stalinowskiego betonu, zawalonym pryzmami kolejnej zimy stulecia, można na chwilę pomarzyć o Wenecji, która przecież sama jest snem.
|